Azja Centralna


Jednym motocyklem z Polski pod chińską granicę

 

Zbliżały się wakacje i udało nam się zorganizować trzy tygodnie urlopu. 

Wydawało nam się, że czas jest naszym sprzymierzeńcem i dojedziemy w tym czasie na koniec świata. 
Chcieliśmy poznać swoje możliwości, pokonać słabości i odkrywać zakątki ziemi, które na razie są niezbyt popularnym wakacyjnym kierunkiem. Decyzja zapadła – Azja Środkowa.

Po wcześniej odwiedzonej Ukrainie, Mołdawii, Słowenii, Chorwacji oraz Włoszech obraliśmy trasę na wschód. Kierunek – Pamir Highway, 15 000 km, 7 krajów i 3 tygodnie urlopu, czyli łącznie z weekendami 23 dni do dyspozycji.

Rozpoczęliśmy działania – przygotowanie motocykla – jego doposażenie, zbieranie informacji, czytanie poradników podróżników,  skrupulatne obliczenia związane z trasą i planem podróży z racji konieczności uzyskania aż 5 wiz. Do tego kolekcjonowanie wszystkich niezbędnych na co dzień przedmiotów w wersji mini.

Organizacja wiz okazała się nie lada przedsięwzięciem i w dniu wyjazdu, czyli 15 lipca 2016 roku nadal pozostawaliśmy bez paszportu w swoich rękach. Wiza do Uzbekistanu – a właściwie jej brak – postawiła wyjazd pod znakiem zapytania. Straciliśmy kompletnie nadzieję na możliwość wjazdu do Uzbekistanu, ale sztuką było odzyskać paszporty i w ogóle wyruszyć. Udało – się! Rzutem na taśmę “wpadła” nam też do paszportu wiza uzbecka i mogliśmy jechać.

Pierwsza przeprawa przez granicę (Polska – Białoruś) nie należała do przyjemnych – 4 godziny czekania i formalności. Dalej nocleg w Brześciu i do przodu. Wiedzieliśmy, że tranzyt zajmie nam sporo czasu, więc początkowe dni obarczone były sporą dawką kilometrów. Tego samego dnia w nocy byliśmy już w Moskwie. Przejście graniczne Białoruś – Rosja właściwie ledwo odczuliśmy, dwie minuty czekania w kolejce, “rzut okiem” celnika  na dokumenty i jedziemy dalej. „Idealna granica” – pomyśleliśmy…

Dalej przemierzaliśmy pustkowia i setki kilometrów przez Rosję, aż w końcu ukazała nam się “mieścina” zwana Borisoglebsk. Tam otoczyła nas swoją pomocą spora garstka tamtejszych młodych motocyklistów. Kolejne dni to przejazd przez Wołgograd z całą jego rozpiętością, wielkością, tłumem ludzi i mnóstwem samochodów.. kurz, ruch, nic przyjemnego.. Dalej przyjemne miasto Astrachań, nocleg i dalsza podróż.

Wjechaliśmy do Kazachstanu – cóż za radość – “tu nas jeszcze nigdy nie było, ale dziko, jak pusto, czy droga i asfalt nadal będą taka dobre?”. Przemykaliśmy kilometry wzdłuż stepów i pustej przestrzeni. Kierowaliśmy się w stronę największego jeziora świata – moim marzeniem było wykąpać się w Morzu Kaspijskim… marzenie spełnione!

Miasto Atyrau okazało się bardzo bogatym i rozwiniętym ośrodkiem słynącym z przeróbki ropy naftowej. Wciąż byliśmy kilkadziesiąt metrów poniżej poziomu morza, a strefy czasowe zmieniały się szybciej niż nam się to mogło wydawać.

Kierowaliśmy się do Uzbekistanu (mając na uwadze trudności związane z otrzymaniem wizy – nie mogliśmy się tego kraju doczekać.

Granica Kazachstan – Uzbekistan przerosła nasze najgorsze koszmary. 100 km prowadzące do granicy to istny offroad… Nie spodziewaliśmy się, że prędkość 40 km/h będzie naszą maksymalną. Samo przejście: tłumy ludzi, mnóstwo pieszych, kilogramy bagażu w postaci toreb w niebiesko – biało – czerwone paski. Początkowo zapowiadało się, że będzie dość miło, ponieważ na motocyklu ma się swoje przywileje – byliśmy pierwsi w kolejce… jednak formalności (wypisywanie dokumentów w 3 kopiach), opłaty za ubezpieczenie, kserowanie dokumentów a dalej konieczność wymiany waluty zajęła nam kilka godzin.

Zrobiła się godzina 23:00, zjedliśmy nocny posiłek, zapakowaliśmy 1 kg pliku pieniędzy (600 000 SUMów w nominałach po 1000) i wyruszyliśmy w poszukiwaniu miejsca do spania.

Pustynia i namiot odpadały – wszechobecne węże i dzikie wielbłądy postanowiliśmy sobie odpuścić.  Wiedzieliśmy, że znajdziemy ”może coś do spania” około 160 km dalej. Do tego wybrzmiewała informacja od ludzi na granicy – “tam koniecznie kupcie benzin, dalej nie ma benzin”. 160 kolejnych kilometrów to ciemność, piach, kurz i dziura na dziurze… Dojechaliśmy do miejscowości Jasliq około godziny 4 rano. Znalazło się miejsce do spania a rano dwa baniaki paliwa – każdy po 5 litrów. Jedziemy dalej!

W planach była noc w jurcie – marzenie Łukasza. Piękna sprawa – zachód słońca na pustyni, dookoła cisza i spokój, rano mleko od wielbłąda oraz szybka lekcja stawiania jurty od tamtejszych budowniczych. Przyjechali nawet fotoreporterzy i tym samym nasze skromne osoby wzięły udział w sesji zdjęciowej do lokalnej gazety. Chwila opalania na pustyni, pranie wysuszone w 15 minut i czas ruszać dalej.

Z racji konieczności uzyskiwania w Uzbekistanie potwierdzenia noclegu – nasz kolejny był organizowany jeszcze w Polsce. Właściciel hotelu czekał na nas już od rana i jak się okazało był wspaniałym człowiekiem i doskonałym przewodnikiem po mieście Buchara. Klimat a la turecki, pięknie oświetlone miasto, wspaniałe zabytki, budynki, meczety – całkiem nieźle przygotowana infrastruktura do przyjęcia turystów – byliśmy zachwyceni. Gdyby nie nasz napięty harmonogram  – zostalibyśmy tam dłużej. Ale czas naglił – kierunek Sammarkanda – równie przepiękne, ale już znacznie większe miasto, które również polecamy odwiedzić.

Ogólnie podróż po Uzekistanie i poszukiwania paliwa (o wątpliwej jakości) należały do dość zabawnych. Całe szczęście, że tamtejsi mieszkańcy zauroczeni uśmiechem kobiety na motocyklu okazywali się bardzo pomocni w uzyskaniu “cennego złotego płynu”. “Benzin” rzeczywiście tam jak na lekarstwo a na stacjach tylko gaz…

Czas w Uzbekistanie (i wiza) dobiegał końca, powiedziano nam, że Tadżykistan jest państwem nieciekawym i Uzbecy dziwili się, że w ogóle chcemy tam jechać.

Pierwsza granica była zamknięta – tubylcy pokazywali rękami “wymowne X” – ale myśleliśmy, że uda nam się przekonać celników – niestety nie było takiej opcji.

Druga granica – zamknięta. 550 km nadrobione, zero gotówki i prawie koniec paliwa. Trzecia granica na szczęście otwarta i byliśmy jedyni, którzy chcieli ją przekroczyć… 15 minut i po sprawie. Wiza w postaci elektronicznej – cudowna sprawa! Aż dziwne, że niby tak biedny kraj ma takie nowoczesne rozwiązania – niech inne biorą z niego przykład.

W Tadżykistanie zaskoczenie – mercedesy, bmw, lexusy – nie to co daewoo, lada i maksymalnie opel z 1999 roku w Uzbekistanie.

Dojechaliśmy do Dushanbe: nasz priorytet to Internet. Wszyscy znają angielski, zero problemów z komunikacją – byliśmy pod wrażeniem.

Temperatura dochodziła do 35 stopni C – my w kubraczkach motocyklowych odczuwaliśmy w zatłoczonym mieście stopni 50…

Kierujemy się w stronę GBAO – dystryktu w górach, do którego należało dokupić wstęp podczas wypełniania dokumentów wizowych. Różowe góry, piękny krajobraz. Wybraliśmy niby krótsza drogę – prawdziwą, oryginalną trasę Pamir Highway.

Prędkość 20 km/h, zapadający zmrok, brak sił i droga bardzo kiepskiej jakości. Pisaliśmy się na delikatnie ekstremalne warunki, ale akurat tego dnia totalnie nam się nie chciało jechać dalej. Po 6 godzinach podróży udało nam się opuścić dystrykt i znaleźć nocleg w całkowicie odnowionej mieścinie, która liczyła może z 50 mieszkańców i posiadała krzyżówkę z sygnalizacją świetlną – dodam, ze przez  godziny nie przejechał przez nią żaden samochód…

Zastaliśmy łazienkę z jaszczurkami, w naszym pokoju  średnio wygodne prycze i bandę ciem wielkości 5-cio złotowej monety każda. Było miło… milusio…

Kolejny dzień to 240 km i 9 godzin jazdy. Kurz i pył, tiry na chińskich blachach jadące z naprzeciwka wydawałoby się nieco za szybko, rzeka Pandż po naszej prawej stronie i przepaść. Klimat dość specyficzny – gorączka 45 st. C, po prawej stronie Afganistan i gdzieniegdzie wieżyczki pilnujących granicę żołnierzy, a obok kąpiące się w mętnej rzece uśmiechnięte dzieci.

Kierowaliśmy się w stronę miejscowości Chorog – sprzedający nam benzynę obiecywali, że droga będzie lepszej jakości… co za kłamstwa – droga do Chorog to asfalt w wybrzuszeniami, których nie można było w żaden sposób ominąć. Ale za to samo miasto okazało się bardzo ładne. Jak zawsze – szybkie zwiedzanie okolicy i relaks w dość dobrym jakościowo hotelu.

Kolejny dzień to przepiękne widoki, doskonały asfalt i mnóstwo zdjęć gór, krajobrazów, łąk, kwiatków w towarzystwie akwenów wodnych itp. Wjechaliśmy na wysokość 4620 m n.p.m. delektując się czystym powietrzem, Co bardziej doświadczeni mówili, że będzie nam się ciężko oddychało i że motocykl może zacząć się dławić, ale nic takiego nie miało miejsca. Kolejna noc spędzona w górach – oczywiście nieco niżej, przy jeziorze Kara Kul w tzw. homestay u przemiłych ludzi, u których “nasi, czyli Polacy” już wcześniej byli. Pewna ekipa motocyklowa, jak się później okazało przesłała owej rodzinie kilka mebli z IKEA i tym samym po powrocie do Polski moje wątpliwości – skąd oni wzięli te meble – zostały rozwiane.

Następny dzień to znów kilkadziesiąt kilometrów nadrobione z powodu mojego rozkojarzenia i pozostawienia kilku niezbędnych rzeczy w homestay i tym samym konieczność kilkukrotnej przeprawy przez rwące rzeki, które zabrały wcześniej położony tam asfalt i most. Wspaniałe widoki i cisza i spokój towarzyszyły nam przez wiele kilometrów wzdłuż chińskiej granicy otoczonej drutem kolczastym. Rozpościerające się przed nami wzniesienia na ponad 7000 m n.p.m. przyprawiały o zawrót głowy. Ich ogrom budził podziw a świadomość Chin tuż za górami po prawej powodowała poczucie dumy i satysfakcji.

Kierunek Kirgistan – jedyny kraj, do którego wpuszczą nas bez wizy. Granica tadżycko – kirgiska, 14 km ziemi niczyjej, sporo rowerzystów udowadniających sobie, że dadzą radę, wspaniali ludzie będący w podróży dookoła świata – jakże wiele ciekawych doznań spotkało nas na tym odcinku!

Kirgistan – piękny i zielony – po godzinie uraczył nas srogim deszczem. Nie odważyliśmy się jechać w góry, ponieważ w oddali zrobiło się ciemno i rozpoczęła się burza. Dopiero po kilku godzinach wyruszyliśmy do Osh. Deszcz nie ustępował, ale byliśmy dzielni.

Zapadała noc, a my nadal w strugach deszczu szukaliśmy noclegu. Decyzja – zostajemy w tej miejscowości – mieszkańcy kiwali głową na słowo “gostynica”. Znaleźliśmy wreszcie wspomniane przez ludzi miejsce, ale przyznam się szczerze – było to najgorsze miejsce w jakim przyszło nam spać. Brudno.. dość nieciekawie… Rozpakowaliśmy śpiwory, gdyż nie dało się spać w przygotowanej dla nas pościeli i zapięliśmy się nim po czoło. Kurki w łazience odkręcaliśmy przez chusteczkę higieniczną… były czymś oklejone. Postanowiłam się też nie myć, gdyż woda wydała mi się zbyt brudna… W nocy skakały po nas dwa gigantyczne mieszkające tam pasikoniki vel świerszcze, które raczyły nas swoim jakże cudnym śpiewem i nie pozwalały spać. Rano zmuszeni byliśmy natomiast wytrzepać wszystkie ubrania z okazji nocnej inwazji mrówek w całej izbie. 300 SOM, czyli około 17 zł i takie warunki do spania…

Dalsza droga to cudowne widoki, doskonały asfalt i klimat górski z gęsto rozsianymi na polach jurtami należącymi do rodzin prowadzących koczowniczy tryb życia. Jurty wraz z dyliżansami i przyczepami oraz zwierzętami są (podobno) całym dobytkiem jaki posiada tamtejsza ludność. Wstąpiliśmy do nich na ciepłą herbatę i kromkę domowego chleba z konfuturą malinową własnej roboty. Jak się okazało – był to całkiem drogi interes – ponieważ tamtejsi mieszkańcy umiejętnie potrafią wyciągnąć z portfela turystów spore sumy pieniędzy.

Nasza kolejna misja polegała na dotarciu do mniej znanego wszystkim zabytku z jakim przyszło nam się zaprzyjaźnić podczas studiowania przewodnika po Azji Środkowej. Wieża Burana została uwieczniona na naszych zdjęciach wraz z towarzyszącym nam przewodnikiem.

Przyszedł czas na obiecane mi wylegiwanie się na plaży i jezioro Issyk Kul w otoczeniu pięknych gór. Trasa i pogoda jaka nam towarzyszyła nie należały do najprzyjemniejszych, a patrząc na temperaturę i obserwując chmury ponad szczytami gór byłam prawie w 100% przekonana, że ze słońca kolejnego dnia będą przysłowiowe “nici”. Jazda wzdłuż jeziora zajęła nam kilka godzin – ponad 100 km, korki i droga w remoncie. Znaleźliśmy nocleg.

Rano wielkie zakoczenie – mamy słońce, a wiatr przegonił chmury. Szybka zmiana garderoby na strój kąpielowy, ręcznik pod pachę i biegiem na pobliską plażę. Jeden dzień i pełne rozleniwienie – dalej nie miałam ochoty podróżować. Rozsądek jednak wziął górę – trzeba powoli myśleć o drodze powrotnej.

Naszym następnym punktem miał być kanion w Kazachstanie, ale jak się okazało dojazd tam zająłby zbyt wiele czasu i istniało prawdopodobieństw, że nie wrócimy na czas do Polski. Wszystko przez te zamknięte wcześniej granice w Uzbekistanie. Do dzisiaj żałujemy, że ominęliśmy kanion – przecież mogliśmy spóźnić się jeden dzień do pracy…

Droga powrotna upłynęła nam nieco spokojniej i mniej obficie we wrażenia. Oprócz konieczności odbycia “rentgena motocykla” na granicy Kirgistan – Kazachstan, dalej w Kazachstanie kilku zatrzymań policji w ramach delikatnych przekroczeń prędkości i małych problemów żołądkowych – wszystko przebiegało bez większych kłopotów.

Miasto Szymkent zaskoczyło nas swoją okazałością i bogactwem. Nowa część miasta i hotele się tam znajdujące były według naszej oceny nieco niedostępne. Znaleźliśmy jednak hotel w starej klimatycznej części miasta.

Słynny Bajkonur i znajdująca się w oddali stacja kosmiczna zrobiła na nas ogromne wrażenie. Zapraszający nas do swojej willi tamtejsi mieszkańcy niestety nie byli w stanie od razu wprowadzić nas do zamkniętej części miasta, a uciekający czas zmusił nas do podjęcia w określonym dniu jeszcze kolejnych 200 km.

Tym samym dojechaliśmy do słynnego niegdyś nadmorskiego Aralska. Tę smutną historię i konsekwencje nieodpowiedzialnych decyzji kiedyś podjętych – każdy zna. Trudno było uwierzyć jadąc przez kilometry lądu i połacie piasku, że kiedyś znajdował się tu ogromny akwen wodny. Sól unosząca się w powietrzu i osadzająca się w drogach oddechowych po kilku godzinach spędzonych w tym miejscu dawała się we znaki.

Dalej czekały nas długie odcinki bezkresnej pustyni. Jednak to właśnie w tym miejscu spotkaliśmy dwóch zapaleńców motocyklowych kierujących się w stronę Pamiru. Lewa w Górę – jak to motocykliści – zawracanie i chwila rozmowy. Koledzy spod Łodzi podzielili się z nami swoimi spostrzeżeniami dotyczącymi drogi którą przed momentem pokonali, my natomiast zdaliśmy relację czego mogą się spodziewać jadąc dalej. Małe “gadu-gadu”, wymiana kontaktów, facebook  (na pustyni działał Internet – nie była to może jakaś zawrotna prędkość, ale jak na środek pustyni był to istny szał! Życzyliśmy sobie przyjemnej podróży i wio do przodu każdy w swoją stronę.

Dalej.. Dalej był już oprócz piasku na pustyni, braku czegokolwiek w oddali, paru kępek wypalonej trawy – szkielet zmarłego wielbłąda – taka atrakcja widoczna z szosy. Szkielet wyglądał prawie jak te prezentowane w muzeach dinozaurów.

Po drodze udało nam się poznać bardzo miłych i ciekawych ludzi – jak się okazało o tym samym nazwisku co Marta. Utrzymujemy, że jesteśmy rodziną – przecież warto mieć wujka lekarza z Rosji!

Co dalej? Aktobe – dość ładne i ciekawe miasto… i kolejno Uralsk i granica z Rosją. Skupialiśmy się na trasie, właściwie nie było czasu na zwiedzanie.

Ogrom miasta Samara zrobił na nas wrażenie – dawno nie poruszaliśmy się w takim ruchu ulicznym, a Łukasz musiał przypomnieć sobie znaki drogowe:)

Dotarliśmy do Moskwy – już kolejny raz w tym roku. Cel – zdjęcie na Placu Czerwonym tym razem z naszym motocyklem, BMW F800 GS zwanym Osiołkiem (mocno załadowany).

Kierunek „Polsza”. Nocleg pod Mińskiem i plan, by kolejnego dnia dojechać do domu, czyli w okolice Wrocławia. Udało się – kilkanaście godzin jazdy, przekroczenie granicy, 1200 km. W sobotę 6 sierpnia o godzinie 22:00 wjechaliśmy do garażu, a o godzinie 23:00 świętowaliśmy urodziny naszego kolegi – sąsiada.

Coż za przygoda!!! Było świetnie, wspaniałe przeżycie!!!

Jednak…

Pośpiech towarzyszący nam podczas podróży do Azji sprawił na pewno, że mimo pokonywanych kilometrów – traciliśmy możliwość poznawania wspaniałych i ciekawych ludzi, umykały nam ciekawostki dotyczące ich przyzwyczajeń, sposobu życia, otaczającej ich rzeczywistości. Zrozumieliśmy, że chcemy dalej i wnikliwiej “rozglądać się po świecie” (Look around the Globe).

Przed nami nowe cele, nie chcemy, by gonił nas czas. Tym razem będzie spokojniej. Zostawiamy pracę i chcemy przez kolejne kilka miesięcy delektować się poznawaniem ciekawych zakamarków naszego świata.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *